„Love and other disasters”
- recenzja filmu
„Harry Potter i Książę Półkrwi”.
Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się siedzieć w kinie jak na szpilkach. Nie za sprawą wartkiej akcji i porywających dialogów, lecz powracającej co rusz fali irytacji, która mnie owładnęła. W najśmielszych snach nie przypuszczałam, że przyjdzie mi kiedyś męczyć się oglądając ekranizację ulubionych książek.
„Harry Potter” to nie bajka na dobranoc, przy której łatwiej się zasypia. Dlaczego więc nie może pozbyć się łatki kiczowatej opowiastki dla dzieciaków? Winą obarczam reżyserów filmowych za ich nieudolne zabiegi. Powierzenie kolejnej części ekranizacji sagi Davidowi Yatesowi i jego ekipie wydaje się nie służyć ogólnej kondycji filmów o przygodach młodego czarodzieja.
Przeliczy się ten, kto sądząc, iż przyciągnie do kina większe rzesze ludzi poprzez kierowanie ekranizacji znakomitych powieści dla czytelników w każdym wieku, głównie do odbiorców poniżej lat 15, bierze za pewnik tych, których ściągnie do kina sam tytuł. Coraz częściej spotykam się z negatywnym przyjęciem kolejnych prób brania się za bary z 700-stronicową książką, które dla wielu entuzjastów przestały już być wydarzeniami filmowym roku, a stały się rutynową, tradycyjną rozrywką.
Chcieli producenci uczynić młodzieńczą miłość tematem przewodnim filmu? Ich święte prawo, zwłaszcza, iż stronice bestselleru nasączone są eliksirem płynnej miłości, a unoszący się w jej oparach humor przebija z wielu scen. Ujęcie tegoż wątku zakrawa momentami na parodię, gdyż ukazanie pierwszych poważnych zauroczeń bohaterów przywodzi na myśl infantylną szczenięcą miłość, która została tu bezlitośnie wyszydzona. Karykaturalne sylwetki ogłupiałych z miłości nastolatków, jeśli nie zawstydzają, to na pewno rażą młodych widzów, którzy mimo podobnych przeżyć w tej sferze emocjonalnej, na pewno nie zachowują się w tak przesadzony sposób na co dzień, jakkolwiek uznawaliby swe uczucia za niezwykle poważne i znaczące.
Co zaś tyczy się humoru towarzyszącego licznym scenom filmu - gagi okazywały się chwilami dość płytkie, jednak niektóre momenty były wyjątkowo udane. Na wzmiankę zasługuje ciąg krótkich wydarzeń, jakie nastąpiły po zażyciu przez głównego bohatera Felix Felicis, mającego zagwarantować szczęście w ciągu nadchodzących kilku godzin. Dowcipny, pewny siebie i nieco zuchwały Potter podoba się i bliżej mu w takich momentach do odtwórcy roli, Daniela Radcliffe’a, który ma okazję błysnąć talentem komediowym, którego nie sposób mu odmówić.
Gwoździem do trumny znów okazał się dubbing. Rokrocznie ta sama historia, jednak tym razem spece od ścieżki dialogowej przeszli samych siebie. Przy całym szacunku dla twórczego przekładu książki Andrzeja Polkowskiego, jej angielska wersja sprawia wrażenie poważniejszej, prawdopodobnie za sprawą samych właściwości języka. Podobnie rzecz ma się z filmem, tyle że jest to mocniej zaakcentowane poprzez niewłaściwy dobór intonacji głosów w stosunku do wypowiadanej treści. Wzmacnia to uczucie sztuczności, którego trudno nie dostrzec chociażby w scenie ukazującej młodego Toma Riddle’a w rozmowie z profesorem Horacym Slughornem. Samo spojrzenie na aktora wzbudza uczucie niepewności i podejrzliwość. Potęgowanie tych wrażeń poprzez głos może być obraźliwe dla samego odtwórcy, w którego umiejętności aktorskie się powątpiewa oraz nawet wobec widza o przeciętnej inteligencji, którego rzekoma niedomyślność musi zostać zaspokojona.
Jak wielbiciele sagi mają się nie zżymać, kiedy dokonuje się niemalże profanacji ukochanych powieści?
Miesiąc temu stałam się posiadaczką filmu DVD mając nadzieję, iż wraz z powtórnym jego obejrzeniem łaskawszym okiem spojrzę na dzieło Warner Bros. Istotnie, odkrywając tajniki produkcji i poznając zakulisowe perypetie, 6. odsłona przygód młodego czarodzieja odrobinę zyskuje, jednak o ocenie widzów decyduje nie wizja i sam warsztat, a efekt końcowy.
Nim zapadnie ostateczny wyrok - czy oskarżony ma coś na swoją obronę? Może jedynie zapierające dech w piersiach efekty specjalne i zdjęcia, jednak przy kilkunastomilionowym budżecie nie powinno to być niczym niezwykłym ani zaskakującym. Znaleźliśmy się w momencie, w którym żarty i cierpliwość się skończyły. Przedostatni tom cyklu zasługuje na lepszą ekranizację, biorąc pod uwagę, że długo, jeśli w ogóle, przyjdzie nam czekać na remake. Dlatego też odżegnuję się od filmu nie chcąc, by wpłynął on na odbiór mojej ulubionej części sagi, jaka wyszła spod pióra Joanne Rowling.
Jednorożec






