„Wenezuela o zapachu mango” - Grupa Samostwórcza
„Wenezuela o zapachu mango” to kolejna prelekcja z cyklu „Spotkania z Ludźmi Gór”, które cyklicznie odbywają się w CK „Muza”. Tym razem gośćmi i zarazem autorami prelekcji byli zapaleni podróżnicy, miłośnicy himalajskich trekkingów - Katarzyna i Andrzej Mazurkiewicz. Tematem spotkania nie było jednak ich górskie zamiłowanie, ale tytułowa wyprawa do zakątków Wenezueli. Po pokazie pięknych zdjęć i wysłuchaniu opowieści, dzięki którym odbyliśmy podróż po dzikiej dżungli, tajemniczej sawannie, północnych Andach i krainie wodospadów, udało nam się przeprowadzić krótką rozmowę z Panią Katarzyną Mazurkiewicz.
Grupa Samostwórcza: Czy można powiedzieć, że w Państwa przypadku pasja stała się sensem życia i źródłem utrzymania?
Katarzyna Mazurkiewicz: Sensem życia to za dużo powiedziane, bo tak naprawdę ten sens tworzą inni ludzie, którzy nas otaczają. Stała się natomiast sposobem na życie i środkiem utrzymania. Jesteśmy przewodnikami wypraw poznawczych i trekkingowych, robimy pokazy slajdów i opowiadamy o naszych ekspedycjach. Zbieranie różnych ciekawych historii oraz uwiecznianie miejsc, ludzi i sytuacji na fotografiach są bardzo ważnymi elementami podróży. Generalnie rzadko piszemy artykuły, ponieważ tego nie lubimy. Czasami jednak zdarza się, że coś publikujemy, częściej sprzedajemy zdjęcia.
Czy zawsze jesteście Państwo zgodni co do celu wędrówki i to wygląda tak, że rozkładacie mapę i mówicie: dzisiaj tutaj! Czy to raczej kwestia długoterminowych planów?
Wbrew pozorom u nas bardzo dużo wyjazdów było przypadkowych. Na przykład zupełnie nieoczekiwany był wyjazd do Rosji - dokładniej na Syberię, gdzie spędziliśmy w ciągu czterech lat aż półtora roku, a co okazało się niesamowitym odkryciem. Generalnie lubimy góry, często wracamy w te same miejsca. Ja jestem bardziej zachowawcza, natomiast Andrzej woli trudne trekkingi, lubi dostać mocno w kość. Ja też, ale nie aż tak mocno. Myślę jednak, że gdybyśmy nie byli zgodni, to tak naprawdę nie podróżowalibyśmy razem. Dyskusje co do miejsca są czasem bardzo konstruktywne: jeden zwraca uwagę na to, drugi na coś innego. Był taki moment, kiedy podróżowaliśmy praktyczne tylko we dwoje i razem spędzaliśmy cały czas. Wiecie do czego to doprowadziło? Człowiek w takiej sytuacji zaczyna mówić o sobie w liczbie mnogiej i myśli bardzo podobnie. Później zaczęliśmy jeździć z grupami, a co się z tym wiąże pojawiło się więcej dyskusji i kłótni, a z tego wynikły ciekawsze rzeczy. Najważniejsze, aby na końcu wymiany zdań osiągnąć pewien kompromis, a wtedy ma ona sens i pozytywny skutek.
W takim razie skąd pomysł podróży do Wenezueli? Czy to także przypadek?
Wenezuela była absolutnie przypadkowa. Andrzej dość ciężko chorował przez półtora roku. Przywiózł z Nepalu groźny wirus i o mały włos nie zszedł z tego świata. Był już w takim stanie, że nie wiedział, czy będzie jeszcze podróżować. Pewnego razu rozmawialiśmy o tym, gdzie chciałby pojechać, gdyby wyzdrowiał. Wspomniał o Ameryce Południowej. Dwa dni później na forum internetowym znalazłam informację o promocji biletów właśnie w ten region, między innymi do Wenezueli. To była tylko kwestia chwili, dosłownie krótka decyzja - jedziemy. My często wybieramy tanie cele, ponieważ nie jesteśmy bardzo zamożnymi ludźmi. Jeżdżąc większą grupą, kiedy bilet lotniczy jest drogi, w odwiedzanym kraju podróżujemy na własną rękę, a na przykład Indie są bardzo tanim państwem, dlatego takie rozwiązania są opłacalne. Czasami planujemy ekspedycję w ten sposób, że rozłączamy się, a po jakimś czasie mamy spotkać się wszyscy razem w ustalonym miejscu. Często zdarza się, że pewna grupa się nie zbiera i w tym momencie mamy pewnego rodzaju problem. Wenezuela była akurat w tym czasie, kiedy mieliśmy trochę pieniędzy. Kupiliśmy bilet, a dopiero potem zaczęliśmy się zastanawiać nad tym, czy to jest dobry sezon i jak najbardziej ekonomicznie zaplanować tę podróż. Kiedy rzekło się A, trzeba powiedzieć B i bilet już był motywacją do działania.
Jak wyglądają Państwa kontakty z tubylcami? Czy zdarza się, że dzięki podróżom nawiązujecie Państwo przyjaźń?
Ja jestem bardzo ostrożna i wymagająca, jeżeli chodzi o słowo przyjaźń. Myślę, że trudno zaprzyjaźnić się z ludźmi podczas jednej podróży. O tym dopiero można mówić wtedy, kiedy kilkukrotnie wraca się w to samo miejsce. Przez to, że my powracamy, to mogę powiedzieć, iż jest kilka takich osób, szczególnie na Syberii. Niesamowici są również ludzie w indyjskich Himalajach. Mamy dobry kontakt z Tensingiem Nimą - właścicielem koni, z którym współpracowaliśmy podczas górskich ekspedycji. Prócz tego, że z niesamowitym oddaniem wypełniał swoje obowiązki, pomagał nam w wielu trudnych sytuacjach, zupełnie bezinteresownie - wynikało to z jego dobrej woli. Za każdym razem, kiedy odwiedzamy ten rejon, gości nas w swoim domu. Dwa lata temu, razem z kilkoma osobami zadeklarowaliśmy się, że będziemy opłacać naukę jego dzieci. Nima mieszka w górskiej wiosce, wysyła dzieci do szkoły, do której droga zajmuje pięć dni pieszo przez góry i jeden dzień jazdy autobusem. To spartańskie warunki, tym bardziej, że ojciec widzi swoje potomstwo dwa miesiące w roku, a nie zapewnia im to wcale dobrego wykształcenia. Bardzo podoba mi się, że możemy im pomóc. To taka interakcja: on pomógł nam, a teraz kilka osób płaci po sto dolarów rocznie, co tak naprawdę dla nas jest śmieszną kwotą, a dla nich życiową szansą.
Mogę też powiedzieć, że moim dobrym znajomym jest król z Al-Askaru. Mieszka on w większym domu niż inni, na tamtejsze warunki - pałacu. Jest bardzo wykształconym człowiekiem, jak i jego synowie. Odwiedzając go dużo rozmawiamy, oglądamy jego posiadłości, królowa częstuje nas herbatą. Za każdym razem przeznaczamy pewną sumę na restaurację jego pałacu.
Będąc w konkretnym miejscu praktykują państwo obyczaje tubylców, czy raczej je tylko obserwują?
Bywa różnie. Na pewno ich przestrzegamy, natomiast np. rano o wschodzie słońca podczas ceremonii kąpieli w Gangesie, nie zanurzam się wraz z innymi, ponieważ nie mam do tego przekonania. Szacunek okazuję po prostu przez to, że ściągam buty wchodząc na brzeg tej świętej rzeki, a w świątyniach buddyjskich poruszam się zgodnie z ruchem wskazówek zegara. To też pewnego rodzaju walka z uprzedzeniami, ponieważ panuje taka opinia, że Muzułmanie to groźni, radykalni fanatycy, natomiast wcale tak nie jest. Kiedy po prostu nie mamy pojęcia o zasadach obowiązujących w pewnym miejscu, oni najczęściej grzecznie zwracają nam uwagę, proszą o uszanowanie, ale mają świadomość tego, że wywodzimy się z zupełnie innego kręgu kulturowego.
Ja osobiście bardzo dobrze czuję się w klasztorach wśród buddystów, ponieważ są to naprawdę niesamowicie życzliwi i otwarci ludzie, którym człowiek może zaufać. Natomiast oczywiście nie wygląda to tak, że będąc tam przechodzę na buddyzm. Ja jestem bardzo głęboko osadzona w swojej kulturze, ale myślę, że ważne jest być otwartym na przeróżne obyczaje, nie wolno zamykać się wyłącznie w kręgu swojej kultury i tradycji. Bardzo denerwuje mnie często spotykana u turystów postawa europocentryzmu: tu nie ma kultury, tu jest brud, bo nie jest tak, jak w Europie. Tam jest po prostu inaczej. W Indiach jest na przykład bardzo brudno, ale w autobusie nigdy nie śmierdzi spoconym niemytym ciałem, ponieważ ci ludzie dbają o higienę. Oni, mimo że są ubodzy, to w dzbanku wody umyją się dwa razy dokładniej niż my w łazience. Irytujące jest też, kiedy turyści narzekają, że tu nie można pić wody, w Iranie trzeba nosić chusty, a tam nie można wejść w krótkich spodenkach. Bardzo ważny jest szacunek dla tych zasad i jeżeli ktoś nie ma zamiaru ich przestrzegać, to przecież wcale nie musi tam jechać. Pozwólcie, że powiem jeszcze o jednej sprawie, która bardzo mnie denerwuje. W dzisiejszych czasach ludzie wszędzie wnoszą aparaty cyfrowe. Czasami zdarza się, że wchodzimy gdzieś i wszyscy od razu robią zdjęcia. Trzeba tu mieć trochę wyobraźni. Będąc w buddyjskiej świątyni można zastanowić się nad tym, czy życzylibyśmy sobie, aby każdy wchodził sobie do naszego katolickiego kościoła i w czasie nabożeństwa fotografował księdza lub modlących się wiernych. Tamtejsi są tak życzliwi, że z reguły wyrażają na to zgodę, ale jeśli nie, to mają do tego prawo.
Czy przywożą Państwo wiele pamiątek z podróży?
Z pierwszych podróży przywoziliśmy ich naprawdę dużo, a teraz są to głównie zdjęcia, muzyka i nagrania do pokazów oraz prezenty dla rodziny. Osobiści lubię lokalną biżuterię, książki, często przywozimy także przeróżne rodzaje herbaty, kawy i inne kulinarne specjały.
Czy jest taki element, który odgrywa najważniejszą rolę w tych podróżach? Przyroda, kultura, ludzie, historia...?
Najważniejsze są długie trekkingi w górach zamieszkałych przez ciekawych ludzi. Kiedyś to były dwudziestokilkudniowe wyprawy z czterdziestokilogramowym tobołem na plecach, żadnych ludzi dookoła. Obecnie o wiele bardziej wolę góry, gdzie znajduje się wiele wiosek, można często natrafić na koczowników lub innych podróżujących. Ludzie są znacznie ważniejsi niż architektura, zabytki, które oczywiście też oglądamy, ale nie stawiamy ich na pierwszym miejscu.
A jakich rad udzieliłaby Pani przyszłym podróżnikom?
Przede wszystkim trzeba podjąć decyzję i ruszyć w świat, nie wolno czekać za długo. Druga sprawa to dobre przygotowanie. Oczywiście urokliwe są takie nieoczekiwane podróże, jak w naszym przypadku Wenezuela, ale jadąc gdzieś warto jest o tym miejscu ja najwięcej poczytać. Dzięki temu możemy znaleźć miejsca godne uwagi, ale też różne lokalne święta, festiwale, o których warto wiedzieć, jak na przykład Diablos Danzasntes w San Francisco de Yare czyli wenezuelskie obchody Bożego Ciała. Równie ważny jest plan budżetowy. Bardzo istotne jest, aby nie zaczynać od kupowania sprzętu, to sprawa drugorzędna. Konieczne są dobre buty i plecak. Dużo większy sens ma zakupienie niedrogiej odzieży w secondhandzie, a w zamian za to przeznaczenie większej sumy na wydatki w trakcie podróży. Wszystko zaczyna się od marzenia i ważne jest, aby podjąć tą decyzję w odpowiednim momencie i nie bać się tego. Drobne oszczędności prowadzą do uzbierania większej sumy, tu przede wszystkim należy działać spontanicznie. W internecie można znaleźć mnóstwo ofert, na forach - wskazówki, rekomendacje i doświadczenia turystów. Trzeba tylko szukać, warto też oglądać różne filmy przyrodnicze oraz przychodzić właśnie na takie prelekcje.
Bardzo dziękujemy za rozmowę i poświęcony czas i życzymy szerokiej drogi.
Ja również dziękuję i życzę sukcesów.
Grupa Samostwórcza
Jeżeli interesujecie się podróżami po świecie, macie ochotę posłuchać naprawdę ciekawych opowieści, Spotkania z Ludźmi Gór są do tego świetną okazją. Już 18 marca w czwartek o godzinie 18.00 w Klubie „Pod Muzami” gościć będzie Paweł Napierała - kajakarz. Serdecznie zapraszamy na „Kaylantic, czyli kajakiem po szczęście i samego siebie”.






