„I jakże ja wyjdę z tego labiryntu” - recenzja „Spektaklu samozwańca”
- autor - Marta Niewczas
Sokrates umarł za uświadamianie ludziom ich własnej głupoty, ich niewiedzy, ich wąskich horyzontów myślowych. Wbrew pozorom nikt nie lubi czuć się głupcem, bo dystans do siebie jest największym dystansem do pokonania. Współczesny twórca chce być niezrozumiały, tworzy świat, w którym nawet Tim Burton czuje się jak mały zagubiony chłopiec, chcący jak najszybciej wrócić do domu. Pytam się: po co? Współczesny widz choruje na schorzenie, którego symptomy bardzo trafnie opisał pan Gombrowicz, demaskując jednocześnie absurd świata - zachwycamy się sztuką nie rozumiejąc jej, bo tak trzeba, nie dopuszczamy do siebie myśli, że sztuka może być zwyczajnie słaba, nie - to my jesteśmy zbyt słabi, by ją pojąć. Pablo Picasso powiedział „Nie zrozumiecie sztuki, póki nie zrozumiecie, że w sztuce 1+1 może dać każdą liczbę z wyjątkiem 2”.
„Spektakl samozwańca” to wielkie wydarzenie w dziejach szkoły - 3 wybitne osobowości pod przewo-dnictwem młodego wizjonera. Już sam fakt, że 17-latek jest w stanie samodzielnie napisać sztukę, po czym zobrazować swój świat w oparach dymu, czerwonego półmroku i dziwacznej muzyki - takie historie poznaje się w filmach lub czyta się o nich na łamach „Gali”, ale nigdy do końca nie daje im wiary.
Patryk Madej wygrał, nawet jeśli nie odniósł oszałamiającego sukcesu, nawet jeśli nie szepta się już o nim pod szkolnym targowiskiem próżności, jest zwycięzcą, bo stworzył coś namacalnego. Nie jest tylko wytworem swego własnego wizerunku budowanego przez strony internetowe, towarzystwo szkolnej bohemy, w kręgu której się obraca, czy wyglądu, który szokuje. To tyle, jeśli chodzi o twórcę, to tyle, jeśli chodzi o zachwyt.
Nie bez powodu wspominałam o braku zrozumienia - ów spektakl był dla mnie totalną abstrakcją, którą chcąc nie chcąc starałam się zrozumieć. Nie mogę więc wspomnieć zbyt wiele o treści, która była podobno połączeniem Davida Lyncha i czegoś bliżej nie określonego, znanego pod nazwą „Patryk Madej”. Oczarowała mnie sfera wizualna sztuki, oczarowała mnie wizja Patryka, oczarowało mnie niekonwencjonalne połączenie gry na żywo z projekcja wideo. Po raz pierwszy doceniłam statystów, którzy swym profesjonalizmem ratowali sztukę.
Są momenty w filmach, kiedy aktor jest tak przerysowany i nienaturalny, że wstyd mi za niego. Irek gra, z całą pewnością gra, tylko robi to niczym gwiazdy kina niemego - teatralne ruchy, dziwna mimika twarzy i całkowity brak wiarygodności. Czasem wydaje mnie się, że po prostu zapomniał o istnieniu czegoś takiego jak „słowo”, czym jako aktor podobno też operuje. Im więcej gra, z tym większa manierą to robi, im więcej ludzi go zauważa tym dziwniejszą maskę przyodziewa na scenie. Sposób, w jaki wypowiada słowa, ten kpiący przeszywający ton jego głosu przypomina mi Konrada, który z nonszalancką pewnością siebie żąda od Boga nieśmiertelności. Podobnie jest w każdym przedsięwzięciu sygnowanym nazwiskiem „Staroń”. Jego postawa sceniczna wygląda jak efekt przedawkowania „pajączka”, ten człowiek nawet gest tzw. „załamania rąk” robi w sposób tak przedobrzony, że widz z trudem powstrzymuje się od parsknięcia śmiechem. Swą przesadą Irek uczynił z tego niekonwencjonalnego i niezwykłego przedsięwzięcia żenującą farsę, której częścią stali się jego kolega i koleżanka, którzy usilnie starali się ratować sytuację.
ONA - druga postać spektaklu, która niestety na tle przejaskrawionego Irka pozostała w cieniu. Scena tzw. opętania w wykonaniu Uli była najlepszą sceną sztuki. Nie jest geniuszem, nie mogę użyć słów legenda, ikona czy kult, ale mogę stwierdzić, że oglądając ją naprawdę słuchałam, spijałam jej słowa z ust, a gdy widziałam znajome ruchy głową uśmiechałam się w duchu. Była powietrzem, którego brakowało mi po jej poprzedniku, będącym żywym obrazem szekspirowskiej koncepcji „życie jako teatr” - „głośny, wrzaskliwy, a nic nieznaczący”. Ula stworzyła kreację, może nie taką na miarę Scarlett O’Hary czy Blanche DuBois, ale taką na miarę własnych możliwości, na miarę nastolatki, która wierzy w spełnienie marzenia o prawdziwym aktorstwie. Kiedy pojawia się na scenie jest ulotna, krucha i wątła, lecz wraz z pierwszym słowem pojawia się ów zawadiacki błysk w oku, który zdaje się mówić „urodziłam się tutaj i nigdzie nie czuję się lepiej”.
Gdybym miała stworzyć plakat reklamujący „Spektakl samozwańca” posłużyłabym się cytatem „Czy próbowałeś kiedyś cokolwiek zrozumieć?”. Uważam, że to, co stworzył Patryk było zbyt trudne dla licealistów, pójdę dalej - sądzę, że nawet wielu kulturalne świadomych dojrzałych ludzi nie byłoby w stanie tego zrozumieć. Cieszę się jednak, że my wszyscy mogliśmy być świadkami narodzin wybitnej jednostki, o której w przyszłości będzie można pisać Artysta - Wizjoner. Jeśli chodzi o aktorów, sądzę, że każde z nich ma szansę na sukces, bo są jacyś i tego nie można im odebrać. Pozostaje im tylko rozpocząć podróż w poszukiwaniu Wielkiego Być Może i wierzyć, że na końcu czeka na nich ta kilkucalowa złota statuetka.






