We Love Miles - autor: Andrzej Piotrowski
Na koncert „WE LOVE MILES” można śmiało powiedzieć, trafiłem przypadkowo. Maleńki plakacik ze zbliżoną twarzą Milesa z płyty TUTU zrobił, że zabiło mi serce.
Pierwsze zetkniecie się z Jego muzyką miało miejsce… w sali kinowej. Udało mi się dostać na film (od 18 lat) „Windą na szafot”, film francuskiej „Nowej fali”, było to gdzieś ok. roku 1960. Film jak film, ot prosty kryminalny, ale właśnie muzyka zrobiła z niego film grozy.
Od tego pamiętnego seansu zaczęła się moja fascynacja MILESEM i jazzem w ogóle. Zdobycie płyty w tym czasie graniczyło z cudem (50-60 r.). Teraz mam ich kilka, zdobytymi w różny sposób i „czarnych” i CD.
Bardzo się ucieszyłem z występu trębacza Grzegorza Grocholskiego i jego grupy. Zagrał naprawdę wspaniałą muzykę. Atmosfera na scenie luz radość z grania tej pięknej muzyki, udzieliła się też widowni, która nie zawsze klaskała w odpowiednim czasie, ale zawsze.
Moim zdaniem bardzo udany koncert, a że piwo po 7 zł., cóż czego się nie robi aby posłuchać takiej muzyki w wykonaniu następców M.D.
Na koniec serdeczne pozdrowienia dla p. redaktorów, „Strefy kultury”, Życzę wielu stron i kolorowej szaty graficznej pisma, reszta OK.
FAN Andrzej Piotrowski, Lubin






