Zmierzch - autor: Jednorożec
Jak ocenić film, który cieszy się popularnością milionów bez narażania się komukolwiek? Co zrobić, by uniknąć przypięcia sobie łatki „miłośnika amerykańskiej papki” czy „hatera”, gdy każda niepochlebna opinia porównywana jest z bluźnierstwem w środowisku zwolenników tego hitu kasowego? To ryzykowne przedsięwzięcie, lecz poważę się na nie. Nie uda się jednak powstrzymać rozlewu krwi, gdy w grę wchodzą wampiry.
Jeśli ktokolwiek oczekiwał krwawej jatki w stylu „Blade..” z pewnością pomstował na autorów portali filmowych klasyfikujących „Zmierzch” jako horror. „Wampiry to w tym przypadku nic innego jak przynęta na widza i pretekst do opowiedzenia historii zakazanej miłości”- wyznaje szczerze producent Greg Mooradian. Co zatem kryje się pod płaszczykiem owego pseudohorroru?
Siedemnastoletnia Bella Swan (Kristen Stewart) przeprowadza się ze słonecznej Arizony do deszczowego Forks w stanie Waszyngton, by zamieszkać z ojcem (Billy Burke). Pozornie szara rzeczywistość nabiera rumieńców, gdy na horyzoncie pojawia się zabójczo przystojny szkolny kolega o wielce szlachetnym (jak twierdzi jeden z bohaterów „Skoku przez płot”) imieniu Edward (Robert Pattison). Dotychczasowy świat dziewczyny wywraca się do góry nogami w miarę odkrywania mrocznej prawdy o nim i jego tajemniczej rodzinie. Brzmi jak tania przynęta? Ekranizacja pierwszej części popularnej sagi autorstwa Stephenie Meyer zasługuje na obejrzenie z kilku powodów. Mimo iż nie jest zbytnio odkrywcza, a chwilami nawet przewidywalna, z pewnością wniesie niemały wkład w historię kinematografii podejmującej „wampirzą” tematykę.
Twórcy filmu przełamali stereotypowe wyobrażenie o tych groźnych istotach, nie tylko czyniąc jednego z nomadów czarnoskórym mężczyzną, ale także rezygnując z użycia czerni jako jedynego koloru ubioru. Cullenowie nie są trupio bladzi ani nie błyskają wydłużonymi kłami, które dają efekt kiczu. Ich niesamowite oczy są efektem soczewek, a nie wytworem speców od grafiki komputerowej odpowiedzialnych za sztampowy i koszmarny wręcz wizerunek „bloodsuckera” w produkcjach typu „Więzy krwi” czy „Van Helsing”. Wampirza rodzina z popularnego cyklu prezentuje się oszałamiająco i jakkolwiek by nie zadziwiała ich reżyserska wizja, jedno trzeba przyznać - wyglądają nieziemsko, nawet biorąc pod uwagę fakt, iż część obsady paradowała w perukach.
Dlaczego znawców tematu nie wprawia też w zdumienie przygarbiony ideał mający wyraźne trudności z komunikacją werbalną albo rzekoma nieporadność gry aktorskiej Stewart, odzwierciedlająca się w nienaturalnym zachowaniu nawet jak na „nową”? Kluczem do zrozumienia tych kwestii jest znajomość specyfiki powieści. Jeśli po jej przeczytaniu ust nie zamknęli nadal uprzedzeni „czepialscy”, zalecam obejrzenie następujących pozycji z udziałem odtwórców głównych ról: „The Ring of the Nibelungs”, „How To Be” (Pattinson), „Speak”, „Panic Room” (Stewart). Ich gra aktorska, choć daleko jej od miana wybitnej, nie może nazwana być jednolitą.
Konfrontując zaś fabułę ksiązki z aranżacją filmową - no cóż... Niezgodności z oryginałem dopatrzyć się można w kilku miejscach, ale sztuka filmowa rządzi się przecież swoimi prawami. Co ciekawe - widz jest świadkiem zabawnych scen zgoła w innych momentach niż zakłada fabuła książki, przez co fani mogą cieszyć się podwójną dawką humoru. Ekranizacja z pewnością zawiera także kilka niedopracowanych elementów. Sceny retrospekcji z udziałem wampirów wywołują grymas na twarz widza rodząc przypuszczenie, że nie potraktowano przeszłości tych mrocznych bohaterów poważnie.
Prawdziwy masterpiece natomiast to scena gry w baseball, kiedy Bella dostępuje zaszczytu obserwowania nieśmiertelnych „w akcji”. Dla wielu scena ta stała się ulubioną, a towarzyszący jej kawałek „Supermassive black hole” - ubóstwianego przez Meyer „Muse” niespodziewanie zainicjował masowe zainteresowanie zespołem.
Nie da się zaprzeczyć, że mocną stroną filmu jest jego ścieżka dźwiękowa. Liryczne nuty w zadziwiający sposób przeplatają się z rockowymi brzmieniami nie tworząc dysonansu. Autorem wyśmienitych partii instrumentacyjnych budzących na zmianę uczucie niepokoju, napięcie, melancholię i smutek jest Carter Burwell. Dzięki intrygującym melodiom widz zanurza się w świat wykreowany przez Hardwick odkrywając jasne i mroczne strony rzeczywistości - te pierwsze reprezentowane przez „The Lion Fell in Love with the Lamb” czy „Dinner with his Family”, pochmurniejesze zaś to: „Treaty”, „Humans are Predators Too”. Wychodząc z kolei poza sferę samego filmu, już po pierwszym przesłuchaniu każdego z utwórów „Score” nie trzeba domyślać się, do którego momentu historii każdy z nich nawiązuje.
W czym tkwi zatem fenomen „Zmierzchu” jeśli nie przyczynia się do niego doborowa, a jedynie zadowalająca obsada, nietuzinkowość zdarzeń fabularnych jest mocno wątpliwa ("Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca..")?Odpowiedź wydaje się prozaiczna. „Twilight” to opowieść o romantycznej miłości, a każdy marzy przecież, by znaleźć swoją „tua cantante”. Ponadto, oglądającemu wstrzyknięta zostaje dawka energii biorąca się z autentycznych uczuć. Może warto więc sprawdzić, czy „Twilight” ma szansę stać się Twoją własną „brand of heroine”?
Jednorożec






